Jesteś cudem

Lista 20 sentymentalnych wspomnień z mojego dzieciństwa.

sentymentalne wspomnienia z dzieciństwa

 

Dzieciństwo. Czasy, kiedy znalezienie gwiazdkowego prezentu, który rodzice ukryli głęboko w szafie tydzień przed Wigilią, było Twoim priorytetem, a mama niepozwalająca bawić się w chowanego do późnej nocy, największym zmartwieniem. Lubię wracać do okresu, kiedy byłam dzieckiem. Dziś przeniesiemy się w czasie, przedstawiam Ci moje sentymentalne wspomnienia z dzieciństwa, które mimo upływu czasu, co chwila wracają do mnie jak bumerang! 

 

Nie, moje dzieciństwo nie było idealne. Nie wiem jak Ty, ale ja nie chcę ukrywać, że doświadczyłam kilku wydarzeń, które wcale do pozytywnych nie należały. Jednak wiesz, co jest cudowne we wspomnieniach? To, że często przepuszczamy je przez filtr, który wyłapuje tylko te pozytywne, a w tych negatywnych i tak stara się dostrzegać same plusy!

Jedno jest pewne. Niesamowicie się cieszę, że załapałam się na czasy, w których dzień bez telefonu i komputera był normalnością. Nie chcę rozpatrywać tego pod takim kątem, że ja na pewno miałam lepiej. Każde kolejne pokolenie, rządzi się swoimi prawami, ale ja wiem jedno… Będę robiła wszystko, by moje dzieci, choć w niewielkim stopniu poczuły smak dzieciństwa, którego doświadczyłam ja sama!  A jakie ono było? Myślę, że sentymentalne wspomnienia z dzieciństwa, które wymieniam poniżej, choć częściowo to pokażą! 

Nie ukrywam, że w momencie, kiedy zaczęłam rozmyślać nad wydarzeniami, które najbardziej utkwiły w mojej głowie, lista robiła się niebezpiecznie długa! 🙂 Jednak ja postanowiłam wybrać moje TOP 20 wspomnień, o których niejednokrotnie przypominam sobie w dorosłym już  życiu. 

 

Lista 20 wspomnień z mojego dzieciństwa, które wracają jak bumerang! 

 

sentymentalne wspomnienia z dzieciństwa

 

 

1. Jazda pomarańczowym maluchem na kolanach u taty. 

To są właśnie plusy posiadania starszego brata, który w dzieciństwie, był fanem motoryzacji! Już jako malutka dziewczynka, tata sadzał mnie na swoich kolanach i pozwał prowadzić auto, a dokładnie, pomarańczowego malucha, którego w tamtym okresie mieliśmy. Wiecie, gdzie najczęściej jeździliśmy? Po boisku sportowym, które było obok zakładu pracy moich rodziców! On ogarniał skrzynię biegów i pedały, a ja byłam królową kierownicy! 

 

2. Bieganie na boso, w środku zimy. 

Był okres, kiedy tata zaczął interesować się medycyną naturalną itp. Czytał różne książki, kupił sokowirówkę w czasach, kiedy nikt o tym jeszcze w Polsce nie słyszał. Jednak co było dla mnie najfajniejsze? Bieganie na boso w środku zimy! Tak, tata zabierał nas na wspomniane boisko i razem z nim biegaliśmy na bosaka po kolana w śniegu! Była to forma hartowania organizmu, wtedy jeszcze tego nie rozumiałam, ale razem z moim bratem, mieliśmy niezły ubaw! 

 

3. Żniwa u dziadków, szczypawki w zbożu i skakanie na sianko. 

To jest dopiero wspomnienie! Rodzinne zbieranie wszystkiego, co na polu u dziadków dała natura. Najmilej wspominam tarzanie się w oczyszczonych już ziarnach, które dziadek częściowo trzymał na wozie. Najgorsze były pijawki, których cholernie się bałam! Do tego szalone skakanie ze sporej wysokości, na gromady siana, w stodole u dziadków. Patrząc na to z perspektywy czasu, byłam naprawdę zwariowanym dzieckiem, które mało przejmowało się konsekwencjami swoich niemądrych akrobacji! 

 

4. Oglądanie „Inspektora Gadżeta” z bułką z makiem w ręku. 

Uwielbiałam tę bajkę. Dalej, dalej ręce Gadżeta! Ktoś jeszcze pamięta? Nie wiem czemu, ale bardzo często, oglądając tę bajkę, jadłam bułkę z makiem i to wspomnienie bardzo mocno zakorzeniło się w mojej głowie. Przytulna kanapa, dobre jedzenie i genialna bajka, czy dziecku do szczęścia coś więcej potrzeba? 

 

5. Walki sumo w sypialni u rodziców. 

Dzieciństwo to okres, kiedy razem z moim bratem nie mieliśmy zbyt dobrych relacji. Oczywiście chodzi o to, że biliśmy się jak prawdziwi chuligani! Naszą ulubioną aktywnością były walki sumo w sypialni u rodziców. Oczywiście to malutka Klaudia, była zawsze ogniwem zapalnym całego przedsięwzięcia, ja namawiałam brata, przy okazji drażniąc go na milion sposobów. Niestety każde starcie kończyło się moją porażką i płaczem, którym całą winę próbowałam zrzucić na starszego brata! 

 

6. Granie w „Króla”.

Kto jeszcze zna i kojarzy tę grę w koszykówkę? Ja tak, a to dlatego, że w wakacje, z gromadką innych dzieciaków, spędzaliśmy długie, letnie wieczory, na rzucaniu piłką właśnie do kosza. Pamiętam tydzień, kiedy w środku gorącego lata złapała mnie angina i na kilka dni uwięziona byłam w domu. Do dziś mam obraz siebie, wyglądającej przez okno w kuchni, gdzie z zazdrością patrzyłam na inne dzieciaki, które bawiły się razem na placu zabaw, grając m.in. w „Króla”.

 

7. Szkolne jasełka i Maryja ze złamaną ręką. 

To jest dopiero hit! Jako dziecko byłam całkiem aktywna artystycznie. Raz zostałam wybrana do grania Maryi w szkolnych jasełkach. Kilka dni przed spektaklem, złamałam rękę na treningu Taekwon-do. Odwrotu już nie było, ale za to była Maryja ze złamaną ręką, która prawie wypuściła dzieciątko Jezus, bo nie mogła utrzymać zsuwającej się chusty i ciężkiej lalki z gipsem w jednej ręce! 

 

8. Zapach babcinej szarlotki i najlepsze, puszyste naleśniki! 

Do dziś wszyscy w mojej rodzince wspominają, że szarlotka była moim ulubionym ciastem w dzieciństwie! Oczywiście tylko i wyłącznie ta zrobiona przez ukochaną babcię. Jej zapach roznoszący się po całej kuchni był tym najulubieńszym! Do tego najlepsze naleśniki, które również smażyła babcia. W wakacje, po całym dniu na dworze, uwielbiałam wracać do domu dziadków, gdzie czekały na mnie gorące naleśniki z domowym dżemem i cukrem. Pełne gluuuutenu, cukru i tłuszczu, ale jakie dobre! 

 

9. Biały, jeszcze cieplutki chlebek, z cukrem i wodą, danie numer jeden dzieciństwa! 

Co tu dużo wyjaśniać, uwielbiałam ten sposób jedzenia chlebka. Kromka w brudną rączkę, łyżeczka cukru i woda prosto z kranu, czyż nie brzmi pysznie?! 

 

10. Gotowanie zupy w piaskownicy. 

Jestem pewna, że większość z nas, gotowała kiedyś zupę w piaskownicy! Ja tak, a najbardziej lubiłam to robić u babci, która mocno wspomagała moją kreatywność. Podrzucała różne przyprawy z kuchni, zrywała chwasty i listki, które pięknie podkreślały smak mojego wykwintnego dania. 

 

11. „Domowe przedszkole” i krzyk: „Kassssiiiii….”

Mam pewną cechę, która od pierwszego dnia narodzin, towarzyszy mi aż do dziś. Kiedy jestem głodna, zamieniam się w małego, złego potworka, który czasami nawet lubi sobie pokrzyczeć! W dzieciństwie moja mama doświadczyła tego wielokrotnie. Nie raz oglądając Margolcie i „Domowe przedszkole”, zdarzało mi się donośnie wołać, bo mój brzuszek domagał się kaszy! 

 

12. Obozy sportowe i mordercze rozruchy na plaży. 

W związku z tym, że Taekown-do ITF ćwiczyłam ponad 10 lat, zaliczyłam podobną ilość obozów sportowych, zarówno tych zimowych, jak i letnich. O wspomnieniach z tymi wyjazdami związanych, mogłabym napisać kilkutomową książkę. Jednak czy jest coś, co z sentymentem wspominam najczęściej? Tak! Były to poranne rozruchy, na które wyciągano nas najczęściej na piaszczystą plażę, po której bieganie o 7 rano do najłatwiejszych nie należało. Jednak jakimś cudem wszyscy dawaliśmy radę, bez większych wymówek, poddawaliśmy się dyscyplinie i dzielnie znosiliśmy trzy treningi dziennie. To było coś! 

 

13. Oranżada z butelki w wiejskim sklepie. 

Co to była za radość! Moment, kiedy babcia wyciągała dla wnuczki dwa złote z portfela, a malutka Klaudynka biegła do jedynego na wsi sklepu, by kupić oranżadę  czy loda. A wiecie jaki napój najbardziej zakorzenił się w moich wspomnieniach? Helena żółta, to był dopiero smak! 

 

14. Ekscytacja przy odbiorze wywoływanych z kliszy zdjęć.

W dzieciństwie, na tygodniowej wycieczce miałam ze sobą aparat na kliszę, która pozwalała wywołać np. dwadzieścia parę odbitek. Nie, to nie było za mało. Doskonale wiedziałam, kiedy tak naprawdę pragnę wyciągnąć aparat i uwiecznić jakiś moment. To nie były zdjęcia robione na siłę, na pokaz, na Facebooka czy Instagrama. Ta zmiana, w ciągu kilkunastu lat, uderza mnie najbardziej. W dobie Snapchata, fejsbukowych transmisji na żywo i innych miejsc, gdzie czasami zbyt mocno obnażamy swoją prywatność publicznie, cudownie byłoby wrócić do lat, kiedy człowiek potrafił się cieszyć tym, co ma i gdzie jest, tu i teraz. Oczywiście, nie twierdzę, że teraz jest inaczej. Jednak w dużej mierze życie w sieci musi oddawać nasz obecny stan rzeczywistości, inaczej w oczach wielu po prostu nie istniejemy. I to już nasz wybór, czy jest nam z tą myślą dobrze, a może na siłę próbujemy to zmieniać i się temu podporządkować! 

 

15. Sympatia do chłopców, już od najmłodszych lat! Najbardziej do Grzesia i Kubusia. 

W wieku siedmiu lat zaczęłam moje pierwsze treningi samoobrony. Praktycznie przed każdymi zajęciami miałam swoją małą rutynę. Pani w recepcji, gdzie odbywały się treningi, miała malutki sklepik z niezdrowymi przekąskami. (Zapominam o tym, że to, co zazwyczaj jadłam w dzieciństwie było tfutfutfu)! Zawsze prosiłam tatę o Kubusia i Grześka, ale tego brązowego, bez czekolady.  To był mój po treningowy numer jeden! 

 

16. Wyjadanie cukierków z choinki, tych najlepszych w pierwszej kolejności.

W moim rodzinny domu ubieraliśmy choinkę już kilka dni przed Wigilią. Była to nasza mała tradycja, najczęściej robiłam to z mamą i bratem. Najlepszą rzeczą z całego choinkowego celebrowania, było wieszanie na drzewku cukierków! Niestety tylko niewielka ich część wytrwała do samej Wigilii. Na pierwszy ogień zawsze szły te najlepsze, z nadzieniem Advocat, orzechowym czy czekoladowym, a na sam koniec zostawały tzw. sopelki, te twarde, długie słodkości, które lepiej choinkę ozdabiały, niż smakowały. 

 

17. Urwany palec w Kościele

To jest jedna z moich najzabawniejszych, a jednocześnie najtragiczniejszych historii z dzieciństwa. Jako dziecko byłam naprawdę ruchliwym stworzeniem, więc kościelne kazanie było dla mnie niesamowitą katorgą. Musiałam wymyślić sobie jakąś zabawę, by czas płynął mi szybciej. Idealne okazało się wkładanie paluchów w szparę pomiędzy deskami ławki, na której siedziałam razem z moją mamą i kilkoma innymi osobami. Nie przewidziałam jednak tego, że gdy ludzie wstali, deski ponownie się łączyły, a ja palców wyjąć nie zdążyłam. Najgorzej ucierpiał ten środkowy, ponieważ wystraszona szarpnęłam dłonią i zostawiłam sporą część opuszka w środku. Zakrwawiona wylądowałam w szpitalu, ale zdradzę Wam, że był happy end! Pan kościelny znalazł po mszy straconą część palucha, której niestety nie dało się przyszyć. Do dziś mam nieco inny palec, jednak w dzieciństwie było to bardzo pomocne. Łatwiej mi było odróżnić, która to jest lewa ręka, a która prawa! 🙂 

 

18. Zimowe szaleństwo, kuligi, zjazdy na worku wypchanym sianem i grupowe wyprawy na podbój wiejskich górek!

Ekscytacja i oczekiwanie na pierwszy śnieg, pamiętacie to jeszcze? A może dalej potraficie cieszyć się jak dzieci pierwszymi płatkami śniegu? Ja tak! Jako dziecko uwielbiałam zimowe szaleństwo, wypady z innymi dzieciakami na osiedlowe górki czy ukochane zjeżdżanie na worku wypchanym sianem, u mojej babci na wsi. Nikt nie patrzył na zegarek, a do domu wyganiał nas tylko głód, o którym i tak najczęściej się zapominało, więc dopiero ekstremalne przemoczenie ciuchów i przemarznięte stopy było ostatecznym sygnałem, że wypadałoby zabrać sanki oraz brata i iść na ciepłą zupkę mamy! 

 

19. Nocne zabawy w chowanego. 

Jedno z moich lepszych wspomnień z dzieciństwa. Koniec roku szkolnego i początek wakacji równoznaczny był z tym że razem z gromadką innych dzieciaków, spotykaliśmy się pod płotem sąsiada, by spędzić długie, wieczorne godziny na zabawie w chowanego. Oczywiście wszystko działo się w pobliżu zarośniętych pól, krzaków, rowów, drzew, domów w surowym stanie, które mogły stać się potencjalną kryjówką. Ile człowiek się wtedy nabiegał! My bawiliśmy się tak, że mieliśmy bazę, z której po 60 sekundach ruszała osoba szukająca, a także, do której miały za zadanie dostać się osoby ukryte, oczywiście musiały zrobić to przed tym, który szukał. Dreszczyk emocji, zmrok, czołganie się, szepty, bycie niezauważonym i bezszelestnym, to były emocje! 

 

20. Podwórkowe spanie pod namiotem. 

Kolejna wakacyjna rozrywka, rozkładanie namiotu na domowym podwórku i spanie w nim z przyjaciółką z dzieciństwa. Asia, pozdrawiam Cię serdecznie, jeśli to czytasz! I te przygotowania do jednej nocy, aż trzy metry od domu. Prowiant, lampki, śpiwory, gazety, a przede wszystkim, śmiechy i beztroskie rozmowy do późnej nocy! 

 

 

Miało być dwadzieścia, więc na dwudziestu zakończę. Choć im dłużej się zastanawiam, tym więcej cudownych wspomnień do mnie wraca. Domowej roboty makaron z najlepszą pomidorową mojej babci, pisanie pamiętników, pierścionek od wielbiciela w przedszkolu, oczywiście ten z gumy kulki… Rozerwane kolano, Klaudia przygnieciona przez bramę i pogryziona przez czerwone mrówki, wypady nad jezioro z rodzicami i znajomymi… Mogłabym tak bez końca!  

 

A jakie są Twoje sentymentalne wspomnienia z dzieciństwa? Czy Twoja lista, choć w pewnym stopniu pokrywa się z moją? Koniecznie daj znać w komentarzu, jestem niesamowicie ciekawa naszych podobieństw i różnic.

 

Ten nietypowy wpis powstał z potrzeby pielęgnowania dobrych wspomnień i niezapominania o tym, jak wiele w życiu już doświadczyłam! Mimo że nie należę do osób, które lubią rozgrzebywać przeszłości, a konkretniej jej negatywnych elementów, do tych dobrych, ciepłych obrazów w mojej głowie, wracać uwielbiam! ♥ Pamiętaj, że nie ma osoby, której dzieciństwo było idealne. Nie warto porównywać się do innych i licytować się, kto miał gorzej, a kto łatwiej. Cieszmy się tym, co było nam dane już przeżyć, ale przede miejmy na uwadzę to, ile jeszcze przed nami! Róbmy wszystko, żeby nasza lista za kilka lat, była nieskończenie długa. Nie chodzi o realizacje wielkich i szalonych idei, a o wspomnienia, które swoją prostotą, powalają na łopatki całą resztę. Bo kto zabroni Ci cieszyć się tym, że tego lata bez zakwitł wyjątkowo ładnie? 

 

Nie rozgrzebuj przeszłości, ale zawsze pamiętaj o tym, ile dobrego już Cię spotkało! 

Wasza M. 

  • To prawda, dobre wspomnienia są pokrzepiające i dają poczucie bezpieczeństwa, przynajmniej u mnie. 🙂 Wiele z powyższych punktów jest bardzo podobnych do moich, pewnie dlatego, ze wychowałyśmy się w tych samych czasach 🙂 Ach te pyszne wegańskie zupki z piasku 😀 Co do skakania ze snopków siana albo z opartej o stodołę wysokiej drabiny, wielu podobnych rzeczy teraz bym na bank nie zrobiła 😀

    • Ja mam podobnie, jak pomyślę, jakim szalonym i ruchliwym dzieckiem byłam, zaczynam współczuć moim rodzicom! 😀 Teraz każdy wspomina to z sentymentem i uśmiechem na twarzy, ale to naprawdę ogromne szczęście, że przetrwałam dzieciństwo w jednym kawałku! 😉 Pozdrawiam Cię serdecznie!

      • 😀 To prawda, cieszmy się z takiego „wolnego wybiegu” bo niewiele z dzisiejszych dzieciaków poznaje taki świat mieszkając na zamkniętych osiedlach, narażeni na niebezpieczeństwa i tablety… fajnie było 🙂

  • Justyna

    Pięknie się czyta coś takiego! 🙂
    Lubię przeglądać Twojego bloga właśnie dlatego – czasem zapominam o tym jak świetne mimo wszystko jest życie a daję się wciągnąć w ten cały wir i szaleństwo dzisiejszego świata, całkiem niepotrzebnie.
    I mnóóstwo z tego co mam w głowie, pokrywa się z tym czym Ty się dzielisz. Także dziękuję Ci za to, wiedz, że odwalasz kawał dobrej roboty 😉
    Co do wspomnień:
    1. Zamiast malucha był stary, ruski, czerwony ciągnik – tata sadzał mnie na kolanach, a jak już trochę podrosłam siadał po prostu obok i łapał za kierownicę w razie zmiany biegu (skrzynia biegów była tak oporna, że musiałam łapać ją dwiema rękami żeby cokolwiek zdziałać :D). Miłość do jazdy i prowadzenia jakichkolwiek pojazdów została mi do dziś – wykorzystuję każdą okazję żeby tylko być kierowcą a sam fakt prowadzenia samochodu daje mi większego kopa niż poranna kawa 🙂

    2. Spacerowanie boso w deszczu podczas wakacji – razem z kuzynką wręcz wybiegałyśmy na dwór kiedy tylko nadarzyła się okazja i z ogromnymi uśmiechami na twarzy skakałyśmy w kałuże, przechadzałyśmy się po mieście jak gdyby nigdy nic, podczas gdy wszyscy naokoło uciekali przed kroplami jak gdyby woda z nieba była co najmniej jakąś substancją żrącą 😀 Zresztą – mam tak do tej pory – w trakcie deszczu nie czuję niesmaku, wręcz przeciwnie cieszę się z orzeźwienia jakie deszcz powoduje dookoła. Sama natura <3
    Swoją drogą – Twój tata miał genialny pomysł jeśli chodzi o hartowanie! 🙂

    3. Żniwa w domu (jako dziecko mieszkałam na wsi)
    Piękne czasy, gdzie ciężka praca była tak naprawdę świetną okazją do dobrej zabawy, niestraszne było spędzenie całego dnia w gdzieś tam daleko w polu w pełnym słońcu. Dookoła tylko pola, łąki, kuzyn, tata, dziadek i pan z kombajnu, brak telefonu a i tak nudy nie było. Wręcz przeciwnie – uwielbiałam tę ciszę, spokój i z zainteresowaniem patrzyłam na to wszystko co się wokół działo i nie umiałam pojąć jak to jest, że ten kombajn, tak ogromna maszyna, potrafi wyłuskać tak malutkie ziarenka, gdzie moje palce nie potrafiły czasem sobie z tym poradzić 😀
    I oczywiście kanapki zrobione przez mamę, które zawsze odleżały swoje w upale i jajka od babci ugotowane na twardo to wszystko jedzone pod wozem, co by posiedzieć w cieniu – niebo w gębie!
    (Robactwo w ziarnach było przerażające! Małe dziwaczne stworki :D)

    4. Pokemony.
    Cóż tu dużo pisać – każde dziecko w tamtych czasach szalało za tą bajką. W czasie wakacji spędzałam caaały dzień na dworze ale godz. 15.00 obowiązkowo biegiem do domu! Żeby było prościej i nie trzeba było później szukać siebie na wzajem reszta dzieciaków przybiegała ze mną i wspólnie zasiadaliśmy przed tv z wypiekami na twarzy 🙂 Pamiętam, że potrafiliśmy czasem baaardzo przeżywać historie z ekranu, niczym zagorzali kibice oglądający mecz ukochanej drużyny 😀 Czasem babcia podrzucała nam przepyszne racuszki, obsypane cukrem pudrem, ciepluchne i puszyste, oczywiście, że z glutenem i całą resztą – kto by wtedy myślał o tym jaki to ma wpływ na organizm? Dzięki Bogu za wszelkie produktu bezglutenowe, stewię i tym podobne – smaki z dzieciństwa mogą spokojnie przetrwać po lekkiej modyfikacji <3

    5. Wojna ziemniaczana.
    Kreatywność dzieci na wsi nie zna granic 😀 Za domem tuż po tzw. "wykopkach" dziadek miewał stertę ziemniaków – pewnego razu wraz z kuzynem stanęliśmy po obu stronach takiej kupki udając, że ziemniaki są granatami przed którymi będziemy robić uniki. Zaczęliśmy się "bombardować" wyrzucając je wysoko w górę. W pewnym momencie usłyszałam zza sterty krzyk, a po chwili mojego kuzyna biegnącego z płaczem w stronę domu – okazało się, że przyjął jedną bombę na twarz. Ziemniak podbił mu oko. Ciocia nie była zadowolona a my poprzestaliśmy na jednaj rozgrywce 😀

    6. Granie w hacele.
    Hacele to śrubki, które kiedyś wkręcało się w podkowy u koni. Gra polegała na podrzucaniu i łapaniu pięciu haceli w różnych kombinacjach (były różne stopnie trudności np. podrzucało się jednego hacela, w trakcie jego lotu trzeba było zgarnąć z ziemi drugiego i z powrotem złapać tego wyrzuconego). Problemy zaczynały się kiedy w jedną rękę na raz trzeba było zgarnąć wszystkie cztery 😀 Z natury mam małe łapki więc mi, kilkuletniej wtedy dziewczynce ciężko było je wszystkie pomieścić – każdy taki sukces przynosił mi ogromną radość. Potłuczone kostki, poobijane dłonie, brudek za paznokciami – nic nie przeszkadzało w tym żeby na każdej przerwie w szkole siadać w grupce i organizować mini zawody. Mistrzowie haceli mieli spory respekt w naszej podstawówce 😀

    7. Biały chleb smarowany masłem i posypywany granulowaną herbatą rozpuszczalną typu "Ekoland".
    Brzmi dziwacznie, ale kto by się tam tym przejmował – ważne, że smak działał 😀 Ulubiona przekąska moja i mojej młodszej siostry w momentach kiedy nachodziła ochota na "coś słodkiego", szafka z łakociami była pusta a nie wypadało już prosić rodziców o słodycze, bo dzienny limit był wyczerpany. Dla chcącego nic trudnego!
    Stosowanie dziwnych połączeń w kuchni zostało ze mną zresztą do tej pory ;p

    8. Zabawa w "dom".
    Gotowanie w piaskownicy, robienie placuszków z błota, jazda "do pracy" rowerem udającym samochód. Razem z koleżankami godzinami potrafiłyśmy się bawić naśladując dorosłych, budując na dworze prowizoryczne domki, mamy i babcie wspomagały nas starymi sztućcami, popękanymi talerzykami, dziurawymi garnkami a tatusiowie zawsze mieli gdzieś w zanadrzu deski i skrzynki z których robiłyśmy meble. Wymyślałyśmy niestworzone historie do odgrywania 🙂

    9. Podwórkowe lekcje przedsiębiorczości.
    Przetrząsanie podwórka, strychu i domu w poszukiwaniu butelek na wymianę żeby kupić sobie loda lub oranżadę (nierzadko w tajemnicy przed rodzicami, którzy jak wiadomo w trosce dozowali nam ilość słodyczy) – pierwsze "zarabiane" pieniądze. Poczucie samodzielności i niezależności w wieku 6-10 lat – niezwykła przyjemność i poczucie dumy nie do opisania 🙂

    10. Zimowe szaleństwa <3
    Nic dodać nic ująć – przegenialne momenty 🙂 górek mieliśmy sporo o różnym stopniu zaawansowania 😀 I ciepłe kakao i bułka z dżemem po powrocie do domu! Rozpływałam się wręcz i uwielbiałam ten moment kiedy po całym dniu mroźnych wrażeń wtulona w kaloryfer powoli odzyskiwałam czucie w przemarzniętych kończynach 🙂

    Staram się nie tęsknić za tamtymi czasami, zresztą zdaję sobie sprawę, że przy odrobinie kreatywności i chęci spokojnie większość podobnych sytuacji mogę przeżywać kiedy tylko chcę – bo przecież warto jest pielęgnować w sobie tę dziecięcą radość i beztroskę do końca życia <3 Nikt mi nie broni biegać w deszczu, czy też wyjść na dwór w zimie i lepić bałwana. A słowa "bo tak nie wypada" jakoś do mnie nie trafiają ;D
    I właśnie sobie uświadomiłam, że chyba powinnam nawet zacząć to częściej praktykować, zdecydowanie! To nie jest tak, że świat się zmienił i to już "nie te czasy" – małe dzieci nadal biegają radośnie odkrywając świat, tak jak to było w czasach kiedy sama byłam dzieckiem. To tylko i wyłącznie moje spojrzenie się zmieniło. Dałam sobie delikatnie za bardzo wtłoczyć, że dorosłość nie jest przyjemna. A to tylko kwestia kreatywności i odpowiedniego spojrzenia 🙂
    Przyjemnego popołudnia Ci życzę!

    • Witaj Justyna! Cholernie dziękuje Ci za te dobre słowa, a przede wszystkim za komentarz, który doskonale dopełnia moją listę! 😉 Co do Twoich spostrzeżeń, zgadzam się z tym, że z wiekiem zmienia się po prostu nasze spojrzenie na rzeczywistość, a nie cały świat dookoła, cudowne spostrzeżenie! Pozdrawiam Cię cieplutko i pięknego dnia! 🙂

  • Mogłabym się podpisać pod każdym ze wspomnień 🙂

  • Może nie będę iść w kierunku konkretnych wspomnień, raczej podziękuje Ci za ten wpis! Brakuje takich w blogosferze, odkrywają one w głowie rzeczy, o których zwykle nie myślimy, zatrzymują na chwilę. Pomyślę, czy by u siebei nie poruszyć tematu. Ja najbardziej pamiętam pikniki na trawie z widokiem na naszą dzielnicę oraz bardziej z młodości – jak mój chłopak zbierał mi stokrotki na łące w Bieszczadach 😉

    • Poruszaj, jak najbardziej! A ja dziękuje za te słowa! 🙂
      Cholera, czasami musimy przypomnieć sobie, ile wspaniałych chwil mamy już za sobą! Zatrzymać się, odetchnąć, przestać pędzić i robić wiele rzeczy na pokaz! Jesteśmy tylko ludźmi, którzy mają prawo do potknięć i bycia nieidealnymi, tak jak było to w dzieciństwie. 😉 Pozdrawiam Cię cieplutko!

  • Wspaniałe wspomnienia, mogę powiedzieć, że kilka mam dość podobnych, tych o ekscytacji ze zdjęć, skakanie na siano, czy radość z gier na podwórku:) To był czas obitych kolan i zielonych truskawek, szalonej jady rowerem i takiej błogości w sercu kiedy huśtałam się najwyżej jak mogłam:) Pozdrawiam, dobrze przywołać takie wspomnienia:)

    • Jak czytam to, co wymieniłaś, jeszcze bardziej mi się serduszko raduję! 🙂 Pozdrawia maniaczka nieustannie zdartych i poobijanych kolan! 😉

  • Oj tak – te zdjęcia z kliszy i chleb z cukrem! <3

  • „Niesamowicie się cieszę, że załapałam się na czasy, w których dzień bez telefonu i komputera był normalnością.” – ja też bardzo się z tego cieszę. Za moich czasów szczytem technologii był domofon 😉 Rozmowy w rodzaju: „Dzień dobry, jest Paulina? A może wyjść na podwórko?” były na porządku dziennym. Ja też grałam w jasełkach. Postać, która chyba oryginalnie tam nie występowała… Mianowicie miałam rolę Polski 😀 Byłam ubrana na galowo i miałam szarfę biało-czerwoną jak miss 😉 Wolę chyba nie pamiętać, jaki zaangażowany politycznie tekst wówczas wygłaszałam 😉

  • Agnieszka Pietrzyk

    Jak dobrze, że przypomniałaś mi te błogie czasy! Od razu człowiekowi ciepłej na sercu 🙂
    Mój numer jeden to piaskownica! Zupy nie było, za to jakie ja pączki wypiekałam 😀
    Oby więcej takich postów! Pozdrawiam!

  • To było super dzieciństwo ! 🙂

Close